|
|
On 1 Gdy w cystem polu słonecko świeci, Dzionek przy robocie prędzey uleci; A mnie miley chwile płyną, I godzina za godziną, Z moią Marysią, matulu, Z moią iedyną.
Ona 2 Krówka powraca do swey zagrody, Sukaiąc cienia i cystey wody; A mnie tęskno bez miłego Chłopaka carnobrewego! Jasieńka mego.
On 3 Kwitnie w ogrodzie lilia biała, Rośnie i w stawie trzcina wspaniała; Kieby lilia, kieby trzcina Moia nadobna dziewcyna, Moia Marysia, matulu! Moia iedyna.
Ona 4 Póydę zrzynać trawkę zieloną, Zaśpiewam sobie piosneckę oną, Com śpiewała Kochanemu I zawse mi zycliwemu; Jasiowi memu, matulu! Jasiowi memu.
On 5 Póydę zrzynać psenicne snopki Albo układać w polu półkopki; A iak mi się kwiat nawinie, To go zaniosę dziewcynie, Marysi moiey, matulu! Moiey iedynie.
Oboie 6 Wsystko przemiia zwykle na świecie, Wiosna po zimie, iesień po lecie; Nase scęście nie przeminie, Bo w kazdey zycia godzinie Kochać się będziem wzaiemnie! Kochać iedynie.
* * *
Jasło słynie bajkami, Dębowiec płótnami, A Kołaczyce garnkami.
Chyrów ma nici, Radymno ma sieci, Żmigród ma kłodki, Brzozów ma płotki.
*
Kto jedzie z Dukli, Tego dyabli stłukli.
*
Andrychów z drelichów.
*
Baby z szkarpetkami, co chodzą po domach, są z Chyrowa, A jeżeli kłódkarz, to ze Żmigrodu, A jak drelicharz, to pewnie z Andrychowa.
Żniwiarze śpiewają: "Nasz Pan chodzi po sieni, Brzęczą talary w kieszeni, A nasza Pani bogata, Kieby owieczka kudłata, Ludenkom się swym raduje, po dukaciku daruje".
*
Patrzy dziewczyna, patrzy ze dworu Na bujne pola. Matuś! Rycerze idą od boru, Oj mojasz dola! Córuś, nie patrzaj, rączkami białemi Zatknij oczy, Bo ci serduszko z piersi wyskoczy Na wojnę z niemi.
*
Każda dziewka hubka Każdy chłop krzesiwo Będzi iskier kupka Jeno krzeszcie żywo u-ha!
Płyną jasne zdroje Potem w Dniestrze giną Tak w tobie dziewczyno Ginie serce moje u-ha!
Ginie lecz nie zginie Na przekór Dniestrowi I jeszcze w głębinie Pierścionek wyłowi u-ha!
* * *
Poniższe przyśpiewki ludowe zebrał piętnastoletni Joachim Lelewel (w 1801 r.), przeważnie krakowiaki pochodzące z powiatów radzymińskiego i łukowskiego.
Kalina, malina, róża farbowana - Powiadają ludzie, że ja malowana; Ni ja malowana, ni ja farbowana, Tylko od mej mamy dobrze wychowana.
Płynie sadzaweczka wedle mego domu, A kogo ja kocham, nie powiem nikomu.
Po wodzie, po Wiśle, płynie gęś siodłata; Taka ja se dobra, jako i bogata.
Po wodzie, po Wiśle, pływa gąska siwa; Choćem nie bogata, jednakem szczęśliwa.
Po wodzie, po Wiśle, pływa cyraneczka; Nie widać, nie słychać mego kochaneczka.
Po wodzie, po Wiśle, pływają łabędzie; Z naszego kochania pono nic nie będzie.
Po wodzie, po Wiśle, pływają łabędzie; Zapowiedzie wyszły, wesela nie będzie.
Widziałem cię dziewcze, w kościele klęczący, Pacierzam nie mówił, na cię patrzający; Tylkom się odwrócił, zmówiłem Ojcze Nasz, Spojrzę na dziewczynę, a dziewczyny nie masz.
Pójdę do kościoła, w kościele obrazy, Raz na obraz spojrzę, na Ciebie sto razy.
Przyleciał, przyleciał, siwy gołąbeczek, A jam rozumiała, że mój kochaneczek.
Siwe oczy mamy, ale nie jednakie, Twoje są miluchne, a moje nie takie; Siwe oczy mamy i na się patrzamy, Powiadają ludzie, że my się kochamy.
Zaszło słońce, zaszło, jeszcze zorza świta; Może się dziewczyna o mnie i nie pyta.
Śpiewa do samiczki słowiczek o świcie; Ja dla mej dziewczyny chyba oddam życie.
Rozkwitły się kwiaty, rozkwitły i zioła; Wielbić cię, dziewczyno, z nas żaden nie zdoła.
Świecą gwiazdy ziemi z wieczora i mrokiem, Spójrzyj na mnie, dziewcze, raz łaskawym okiem.
Pamiętaj, Jasieńku, co mi teraz nucisz, Może ty mnie kiedy dla innej porzucisz. Śpiewasz mi, żem ładna, żem dobra i miła; O, bodajem zawsze taką dla Cię była! Chwalisz moje oczki, chwalisz moje wdzięki, Może to zamienisz na mój płacz i jęki.
Niezawsze to ciepły wiatr z Południa wieje, Niejeden pochlebia, a potem się śmieje.
Uplótł czyżyk gniazdo i wysiedział dzieci, A na przyszłą wiosnę może nie przyleci.
Pada deszczyk, pada, na moją rosadę, Wczoraj się zaklinał, a dziś zrobił zdradę.
Kukaweczka kuka na gęstej topoli, Przed kim się użalę, gdy mnie co doboli?
Zrywa ptak kalinę, sarna gryzie korę, A ja niech mam tego, co sama wybiorę.
Krakowiacy jadą, dziewczyneczka stoi, Chciała się ukłonić, matuli się boi.
O, matulu moja, nie gańcież mi tego, Spodobały mi się czarne oczki jego.
Z tamtej strony pola zielenią się zioła, Powiedz mi, matulu, gdzie córusia twoja?
Na mojej czereśni często słowik siada, A moja dziewczyna często o mnie gada.
Gołąbeczek tkliwy grucha na topoli, Józia śpiewać nie chce, ale kochać woli. Woli kochać, woli swego kochanego, Aniżeli śpiewać słodkie pieśni jego.
U mojej kobyły są cztery podkowy, Wolę jednę pannę, niźli cztery wdowy.
Koniku, koniku, kuty na dwie nogi, Nieś mi prędko mego, nieś do mnie, niebogi.
Pływają gąsięta, pływają kaczęta, Spoglądajcie na mnie, kochane oczęta.
Wybujały jesion stoi na strumykiem, Często mój kochany rzuca weń kamykiem. Ale rzuca, rzuca, ze mną na przemiany I chce często słyszeć, że jest mój kochany.
Wybujała jodła stoi na strumykiem, A czuły skowronek nuci pod kamykiem.
Dolina, dolina, na dolinie kościół, Do ciebiem, dziewczyno, poniedziałki pościł; Poniedziałkim pościł, suszyłem niedziele, Wypościłem sobie takie głupie ciele.
Byłam ja wesoła, nigdym nie wzdychała, Pókim się, Kaźmirku, w tobie nie kochała; Lecz poznawszy ciebie, nie mogę być wolną, Ani też wesołą, tem bardziej spokojną.
Leci jaskółeczka przez upał zemdlona, Kocham cię i będę, chociaż oddalona.
Płyną kaczki, płyną, płynie i siodłata, Chciałbym cię, dziewczyno, aleś niebogata.
Czy nie wiesz, chłopczyno, że jest Bóg na niebie? Udzieli majątku dla mnie i dla ciebie.
Kamieniu, kamieniu, żeś ty jest szczęśliwy, Że ciebie nie wzruszy żaden objekt żywy.
Koniki, koniki, koniki kasztanki, Czarne oczki, czarne u mojej kochanki.
Kochałem się, kochał całe dwie niedziele I dostałem żonę jak szwajcarskie ciele.
Wysoko, daleko listek na drzewinie, Pamiętaj, dziewczyno, że to wszystko minie.
Naści, dziadku, szeląg, a proś świętej Anny, Żebym się tam dostał, gdzie są piękne panny.
O Boże mój, Boże, jak ja biednie żyję, Smutek mym pokarmem, łzy za napój piję.
Nie będę się żenił, choćby sto tysięcy, Gdzie pieniędzy wiele, tam grymasów więcej. Wezmę sobie żonę z ubogiego domu, Dorobię się chleba, dam go jeszcze komu.
Nie tak się lichwiarze o swój procent troszczą, Jak sobie panienki piękności zazdroszczą.
Z góry woda bije, po kamieniach kuczy, Kto nie umie wzdychać, miłość go nauczy.
Pokochałam chłopca, chłopca przystojnego, Lecz nie jestem pewna wzajemności jego; Może on mnie tylko próżno bałamuci, Spokojność odbierze, a potem porzuci.
U naszych mężatek taka teraz moda, Że za niemi chodzi liczna chłopców trzoda.
Jeżeli w tej duszy jest postać fałszywa, Jeżeliś ty zdrajca, to ja nieszczęśliwa.
Dolina, dolina, na dolinie kościół, Bym cię, dziewczę, dostał, to bym trzy dni pościł.
Z tamtej strony Wisły płynie kaczka siwa, Jaki taki kontent, a ja nieszczęśliwa.
Siwa klaczka, siwa, siwo-jabłkowita, Całujże mnie, całuj, ita, ita, ita.
Na cożeś mnie stworzył na ten świat, o Boże, Kiedy według woli stać się mej nie może? Na cóż mnie, o Boże, na tym świecie trzymasz, Kiedy tutaj dla mnie szczęśliwości niemasz? Niemasz onej, niemasz, szczęśliwości dla mnie, innych to opatrzność obdarzyła za mnie.
Co mi po stajence?, nie mam stada koni; Co mi po panience?, nie mam serca do niej.
Za największe hasło, biorę to na siebie: Żyć albo umierać, dziewczyno, dla ciebie.
Pada deszczyk, pada, zwiędłe liście rosi; Niestałość kochanka ciężki żal przynosi.
Nietrwała pogoda, gdy słońce nie świeci; Nietrwała tam miłość, gdzie się prędko wznieci.
Komu szczęście sprzyja, to mnie los dotyka, Kto kocha kochanka, to ja niewdzięcznika.
Siedzi gołąb, siedzi, na wierzchołku skały, Czemuś nie wzajemna, kiedym dla cię stały.
Prędzej się zrównają opoki ogromne, Niźli ja, Jasieńku, o tobie zapomnę.
Nie pomogą krocie, ani miliony, Kiedy kto dostanie chimerycznej żony: Ani ją zaprzedać, ani ją zamienić. Uważajcież, chłopcy, jak się macie żenić.
O jeszcze ja, jeszcze nadziei nie tracę, Może też ja ciebie niedługo zobaczę.
Spokojności pragnę, ale nie majątku, Będę ja szczęśliwa, choć w małym zakątku.
Niechajże majątek, kogo chce, uwodzi, Mnie wzajemna miłość wszystko złe osłodzi.
Bodaj cię, Józiuniu, Bóg nie błogosławił Za moją spokojność, coś mnie jej pozbawił; Nie dbam o majątek, ni o żadną hojność: Cóż mi teraz po tem, gdyś mi wziął spokojność?
Nie pij, koniu, wody, bo woda zmącona, Nie kochaj dziewczyny, bo zbałamucona.
Nie pij, koniu, wody, napijesz się w domu; Taka teraz moda, nie wierzyć nikomu.
Niedobre to drzewo, co liść z niego leci; Niedobra tam miłość, gdzie się mięsza trzeci.
Siwy konik, siwy, a tuż za nim płowy; Wolę jedną pannę, niźli cztery wdowy.
Dwie rzeczy są warte największego smutku: Miłość bezwzajemna, nadzieja bez skutku.
Bieży konik, bieży siwo-jabłkowity, Do mojej kochanej gościniec ubity, Ubity, ubity i utorowany, Do mojej Marysi, do mojej kochany.
U naszej młodzieży sentyment nie lada: Jeszcze panny nie zna, o posagu gada.
U naszej młodzieży sentyment nierzadki: Bałamucić panny, a kochać mężatki.
Prawdę ptaszek śpiewał, lecący nad wodą: "nie masz szczęścia, nie masz, jak z mężatką młodą".
Prawdę ptaszek śpiewał, co nad wodą siedział: "Kochaj się w mężatce, nikt nie będzie wiedział".
Poznałyśmy mężczyzn, jakie są filuty: Żaden nie chce kochać, wszyscy bałamuty.
Wysoko, daleko listek na jaworze, Kto kocha na próżno, żal się mocny Boże.
Widziałeś mię, widział, przez dziesiątą ścianę, Teraz mnie nie widzisz, choć przy tobie stanę.
I koń zmokł, i ja zmokł, i kulbaka zmokła, Stojąc ci, kochanko, u twojego okna.
Wieje wiatrek, wieje, w boru drzewo chwieje; Będzie moim Kazio, mam w Bogu nadzieję.
Płyną gąski, płyną, wodę bardzo mącą; Zjedzą kata ludzie, jeśli nas rozłączą.
W lesie ze strumyka jeleń wode pije; Pamiętaj, Kasiuniu, że dla ciebie żyję.
Gdybym ja wiedziała, że ty dla mnie stały, Za nikim by moje oczy nie patrzały; Ale ja cię widzę dla mnie niestałego: Kochałeś mnie wczoraj, dziś kochasz innego.
Zielonom nie siała, zielono nie wschodzi, Nikt tego nie zgadnie, o kogo mi chodzi. Oj! chodzi mi, chodzi o kochanka mego, Żeby nie dla ludzi, poszłabym do niego. Żeby nie dla ludzi, nie dla mego brata, poszłabym do niego, aż na koniec świata.
Ah, ja biedny, biedny, nie chcą mnie dziewczęta, Wezmę biczyk w rękę, popędzę cielęta.
Pod onym jaworem przysięgał mi nieraz, Lecz mnie wkrótce zdradził i śmieje się teraz. Ach jać tylko sama, ja to sama jedna, Jestem nieszczęśliwa, jestem taka biedna. Mawiała mi matka, wy lube oczęta, Nie wierzcie wy chłopcom, niewinne dziewczęta.
Z tamtej strony Wisły trawka się zieleni, Niech się nasza przyjaźń, nigdy nie odmieni.
Z tamtej strony Wisły, przy dolinie kościół, O, gdybym cie dostał, to bym sto dni pościł.
Z tamtej strony Wisły widzieliśmy kruka, Oj, nie ma rozumu, co bogatej szuka.
Na kłoczewskim bagnie rybka wody pragnie, Idźcie zamąż panny, bo wam tak nieładnie.
Oj, kłoczewska droga, wysypana kminem, A tamtejsze panny pachną rozmarynem.
Nie będę się żenił, aż mi sto lat minie, Będę sobie upatrywał ładnej gospodynie.
Nie będę się żenił, nie będę się śpieszył, Będę bałamucił, będę panny cieszył.
Siwe oczy mamy, na się spoglądamy; Powiadają ludzie, że my się kochamy.
Nie będę się żenił w Cesarskim Kordonie, Wezmą na żołnierza i cóż mi po żonie? Dadzą mi karabin i na głowę szkopek, Oj, lepszym ja bywał pod Krakowem chłopek.
Dajże mi chusteczkę, coś ją sama szyła, Gdzie ja się obrócę, będzie mnie cieszyła; Jak przez wieś pojedziesz, tę chusteczkę pokaż, Będą rozumieli, że mnie jeszcze kochasz.
Oj, biedaż mi z młodą żoną, Bo mi płoty do niej łomią; Ona sobie poradziła, Dziurkę w płocie wywierciła. Oj, tak łomią, a nie grodzą, A mnie tylko biedę płodzą.
U sąsiada domek luby, Żonka jego warta chluby, A ja dotąd nie mam chaty, Anim jeszcze nie żonaty. U sąsiada kłos dojrzywa, U sąsiada będą żniwa; U mnie pole niezorane, Ani jeszcze nie zasiane. Za sąsiadem spoglądają, Wszystkie sąsiada kochają, Za sąsiadem wszystkie stany, Wdowy, mężatki i panny. Ach, mnie jedna powiedziała, Że mnie szczerze pokochała. Do wierzenia łatwyś, widzę, A ja teraz z Ciebie szydzę.
Pije Kuba do Jakóba, Jakób do Michała, I ty wiwat, i ja wiwat, kompania cała.
Zeszło słonko z góry, nadchodzi południe; Chociaż się oświadcza, to gada obłudnie.
Świecą gwiazdy, świecą z wieczora i mrokiem, Spójrz na mnie, Feluniu, raz łaskawym okiem.
Pamiętasz, Adasiu, co mnie teraz nucisz, Może ty mnie jeszcze dla innej porzucisz. Śpiewasz mnie, żem ładna, żem dobra i miła, Oj, bodajbym zawsze taką dla cię była! Chwalisz moje oczy, chwalisz moje wdzięki, Może to zamienisz na mój płacz i jęki.
Spiewa dla samiczki skowronek o świcie, Ja dla mej Feluni pono oddam życie.
Oj, rozkwitły kwiaty, rozkwitły i zioła, Wielbić cię, Feluniu, z nas żaden nie zdoła.
Bieży konik, bieży, trawka pod nim krzęści; Pójdź za mąż, Feluniu, niech ci Pan Bóg szczęści.
Lata ptaszek wolno, a rybka wędruje, A mnie moją wolę na co kto tamuje?
Zrywa ptak kalinę, sarna gryzie korę, A ja niech mam tego, co sobie wybiorę.
Nie będę się żenił w Cesarskim Kordonie, Przystanę do wojska i cóż mi po żonie?
Zgadli ludzie, zgadli, że ja przywiązany Bardziej do pieniędzy, niżeli do damy.
Co to tu za kraje w teraźniejszym rządzie? Stary kocha młode, a młody pieniądze!
Pójdę ja do lasa, gdzie jest jawor w cieniu; On mnie zawsze mówi o pewnem imieniu.
Oj, Boże mój, Boże, Boże miłosierny, Czy też mój Adalko będzie dla mnie wierny?
Bieży woda, bieży przez zielone błonie, Bogu to wiadomo, w której będę stronie.
Pada deszczyk pada, jutro będzie ślizko; Nie mam czego tęsknić, bo kochanek blizko.
Pluska rybka, pluska, po czystym jeziorze; U mojej Feluni oczy gdyby zorze.
Lata po powietrzu, skowroneczek nuci, Kochane owieczki, któż mnie was zawróci?
Nie widać, nie widać mojego chłopczyny; Wiem, że mnie odwiedzi, one też mój jedyny.
Wabił ptasznik dzwońce na wnętę do klatki, Złapał i rozplątał i wsadził do klatki.
Za nic teraz cnota, za nic i uroda, Pieniądze to kochać teraźniejsza moda.
Oj, za lasem moje wołki, za lasem, O, mam ci ja fujareczkę za pasem, A gdy ja ci na fujarze zacznę grać, Usłysz mnie moja miła, idąc spać. Oj, za strugą moje wołki, za strugą, Kochałem ja wczoraj jednę, dziś drugą, A najdalej koło jutra od rana Będzie jeszcze trzecia inna kochana.
Hej, biedaż nam Mazury, jakiej jeszcze nie było, Niemcy nas drą ze skóry, o czem nam się nie śniło, Bo któż by się spodziewał, kto by o to się starał, By się Bóg tak rozgniewał, że nas Niemcem ukarał. Ni rozmowy, ni sprawy, bo cóż z Niemcem za mowa? Ni z nim żadnej zabawy, bo sam siedzi jak sowa, Tylko dybie na człeka, jak jastrząb na kury, Niemiecka to opieka odrzeć człeka ze skóry. Cóż się teraz z Warszawy, miły Boże zrobiło! Ni tam żadnej zabawy, ni tych ludzi co było, Wszędy Niemca hołysa spotkasz tylko na drodze, Co grosze nam wysysa i wszędy nas drze srodze. Dawniej człowiek, bywało, jak do miasta pojadzie, To się wszystko przedało, jeszcze się z czem wyjadzie. Teraz Niemcom płać a płać, dyabeł nadał tę sprawę, Ani można ich napchać, gdyby miechy dziurawe. Boże, pełen litości, do Ciebie prośbę wznosim, Pozbawże nas tych gości i wysłuchaj nas prosim, Bo na Niemcy nie słyszą, ani się żalić dadzą, Tylko piszą, a piszą i pieniądze gromadzą. Nie może być, parobcy, żeby to tak zostało, W swojej ziemi człek obcy, a już się dobrze działo. Wszak przysłowie to mówi: jak tylko świat jest światem, Póty Polak Niemcowi nigdy nie będzie bratem. Jeszcze będziem wypijać, krzesać ognia w podkówki, Jeszcze będziem przepijać nasze polskie złotówki. Wróci nam się Warszawa, wróci dla nas, dla kupca, Nie ma Niemiec tu prawa, bijmy za nim hołupca. Hej, Maćku, miej nadzieję, że będziemy Mazurami, Niechaj Niemiec truchleje i ucieka przed nami. Mamy siłę i pałki i dobra nasza sprawa, Bijmyż Niemców w kawałki, wszak to piękna zabawa.
|